Pamiętam, jak jeszcze za Gabryśki, godzinami siedziałam na googlowskich mapach, szukając fajnych i względnie bezpiecznych miejsc, na długie i spokojne spacery. Względnie, bo w zasadzie każde miejsce, nawet to na pozór bezpieczne, może okazać się mało przyjazne.
Obecnie, w zasadzie nic się nie zmieniło, również siedzę godzinami na mapach i szukam ciekawych miejsc na bezpieczne chillowanie, ale tym razem z kotami. Umówmy się, bardzo brakuje w internecie odpowiedzi na pytanie “gdzie z kotem?”.
Spacery z kotami są nieco bardziej skomplikowane niż z psami. Nie chodzi mi tu o chęci kota, a o zamiary zazwyczaj luzem biegających psów i o niezrozumienie ludzi. Mimo że coraz częściej widzimy spacerujące koty “na postronku”, jak to ostatnio wyczytałam w komentarzu na Instagramie, wciąż jest to traktowane jako nowość. Nie chcę nadużywać w słowach, ale chyba jeszcze jako pewnego rodzaju dziwactwo – sądząc po reakcjach. Niemniej jednak, nie zniechęcam się i Wam również radzę, bo skoro to czytacie, to szukacie inspiracji, albo dopiero się przygotowujecie do spacerów z kociakami. Ha, mam Was! Cieszę się, że tu jesteście. 🙂
Miejsce, w które się udajemy z kotami, bez względu na cel tego wyjścia, musi być przestronne, w bezpiecznej odległości od dróg, względnie ciche i przede wszystkim sami musimy czuć się tam bezpiecznie. Moi drodzy, przede wszystkim zdrowy rozsądek.
Mamy dwa cele, no dobrze czasem trzy. Po pierwsze relaks nasz, jak i kotów. Po drugie, piękne otoczenie, ale to podchodzi pod pierwsze. Więc po drugie, fotografia. Zawsze mamy ze sobą aparat (ale nie zawsze mamy w nim kartę, ponieważ na przykład została w czytniku) – zazwyczaj łączymy pierwszy cel z drugim. Po trzecie, eksplorujemy, poznajemy, doświadczamy.
Zapewne jesteście ciekawi pierwszego punktu na naszej mapie? Większość z Was wie, że jesteśmy z Krakowa i w jego obrębie będziemy się najczęściej obracać, chociaż znajdą się również wyjątki.
Kilka lat temu wybraliśmy się na rowery, pod Kraków i gdyby nie spektakularny upadek z roweru, po którym Adam wylądował właśnie w Dolinie Brzoskwinki, pewnie byśmy tam nie trafili. Dla mnie to było nowe miejsce, ale jak się okazało, Adam jeszcze za dzieciaka, będąc w kółku fotograficznym, świrował w tym miejscu ze swoim ukochanym Zenitem B. Przepiękny teren, ostry zjazd, skałki, cisza. Tak zapamiętałam to miejsce i jakież było moje rozczarowanie, kiedy wróciliśmy tam z kotami.
Jak dojechać do Doliny Brzoskwinki? Otóż, kierujecie się na Balice, dalej ulicą Krakowską w stronę Morawicy, jedziecie cały czas prosto. Przywita Was wieś Chrosna i po prawej stronie pojawi się drewniany znak “Dolina Brzoskwinki”. Parking nieco na dziko, zresztą dolina też.
Nim dojdziecie do samej dolinki, zdążycie z pewnością już z niej wyjść. Tak, dobrze przeczytaliście. Dolina ma długość niecałego kilometra, którego na piechotkę pokonacie w 10 minut, tylko pytanie gdzie ta dolina, gdzie skałki i wzniesienia? Jak się okazało, miejsce to bardzo zarosło i faktycznie przeoczyliśmy znaki prowadzące w gąszcz – i tutaj kilometrów nadrobiliśmy.
Gdyby to była książka, rozdział ten z pewnością nazwałabym “Shit happens”. Serio.
Więc co mogło pójść nie tak, skoro już znaleźliśmy szlak i zdążyliśmy wdrapać się prawie na szczyt? Jeśli niesiecie kota na plecach i czujecie, że Wasz towarzysz wykonuje dziwne i gwałtowne ruchy, radzę, byście się zatrzymali i go wypuścili. Nie za minutkę, nie za pół – natychmiast. Przeszliśmy jeszcze te kilka metrów, żeby faktycznie być na szczycie i dopiero wtedy ściągnęliśmy plecak. Ponieważ Escobar jeździł z nami wszędzie od małego, wiedzieliśmy czego możemy się po nim spodziewać, znaliśmy jego zachowania i potrzeby. Wiemy, że tuż po jeździe musi się elegancko załatwić w trawie, bez konieczności zakopywania. Ale no drugiej kupy to się nie spodziewaliśmy. W dodatku w towarzystwie kłaczka. Tylko litr wody, gdzieś na górze i ani jednej chusteczki. Moment, w którym przechyliliśmy plecak, z którego wyturlał się Escobar, wraz z nim kupa i za nimi nieśmiale wylał się kłaczek, zostanie mi w głowie chyba już do końca życia. Resztę pozostawiam Waszej wyobraźni.
Kiedy już się ogarnęliśmy, chociaż ciężko to nazwać ogarnięciem, skoro do dyspozycji mieliśmy tylko litr wody, stos listków i gołe ręce, ale jakoś dotaraskaliśmy się do auta, po drodze mijając skałki i strumyk, zwłaszcza strumyk – wtedy wszyscy jakby odetchnęliśmy z ulgą.
No dobrze! Nie było tak źle! Dolina Brzoskwinki to naprawdę przepiękne i dzikie miejsce, gdzie słychać symfonię wszystkich jej mieszkańców – filmik oglądajcie z dźwiękiem! Według mnie jest troszkę zapuszczona, ale być może wynika to z jej małej popularności. Spotkaliśmy tam tylko grupkę ludzi bawiących na skałkach, których serdecznie pozdrawiamy! Jeśli tam nie byliście, a jesteście niedaleko, warto zobaczyć – czuć w niej jakiegoś rodzaju magię.
Tak, to był ten dzień kiedy karta została w czytniku. 😉
Na koniec bardzo ważna rada, w tak lesiste i gęsto zarośnięte tereny, zabezpieczcie się porządnie przed kleszczami. Siebie i koty. Wyszłam stamtąd z trzema kleszczami i uwierzcie mi – czuć jak się wbijają (uczucie podobne jak przy komarach).

Nie zapomnij o naszym Instagramie i Facebooku, tam same wspaniałości!

Meow, Kocie!